niedziela, 13 sierpnia 2017

Rozdział 1

Na imię miał Lis. Ciężko stwierdzić, czym Daniel, jego przyszywany ojciec kierował się nadając zwierzęce imiona mu i jego braciom. Nie mógł brać pod uwagę wyglądu ani charakteru. Lis z swoją wrodzoną ciekawością, często wracał w wszelkich rozmowach do tego tematu, lecz nie otrzymał sensownej odpowiedzi. Szedł w tą spokojną noc, wąską ulicą, na której postawiono niemalże identyczne domki jednorodzinne z idealnymi płotami, krótko pociętą trawą, z drogimi samochodami na podjazdach. Jego umysł pracował na najwyższych obrotach, musiał wymyślić argument, dzięki któremu Daniel zdradzi imienną tajemnicę. Postanowił, nie wróci do domu, aż nie dostanie przysłowiowego olśnienia. Nagle jego uwaga została przykuta przez migające światła pogotowia ratunkowego. Psuły one panującą dookoła perfekcję. Podszedł do pojazdu karetki pogotowia i obserwował ratowników wynoszących na noszach młodego chłopaka przykrytego kocem termicznym. Miał odejść, wiedząc, że powinien trzymać się od ludzkich tłumów daleko, lecz usłyszawszy w rozmowie słowo „samobójstwo” nie mógł się powstrzymać. Jedni ludzie go widzieli, dla innych, zasadniczo, dla większości pozostawał niewidzialny. Nie posiadał wiedzy, tłumaczącej ten fakt, niestety. Wślizgnął się do pojazdu sekundę przed tym, jak drzwi zostały zatrzaśnięte. Nikt nie krzyczał, nikt nie zdawał sobie z sprawy z jego obecności. Akcja ratunkowa została przerwana, teraz wszyscy siedzieli na swoich miejscach. Podszedł do nieznajomego, aby móc się mu bliżej przyjrzeć. Wiedział, czym jest samobójstwo, jakby inaczej, lecz nie potrafił pojąć jego celu. Lis był w pewien sposób podobny do człowieka. Wyglądał jak oni, mówił, myślał, lecz tylko teoretycznie jak oni. Nie odczuwał tak wielu czynników tak jak ludzie. Mógł zauważyć, przez swoje niezbyt długie życie, obca bywała mu temperatura, wiatr, wilgoć, wiele emocji, nie potrzebował jeść, ani spać. Samobójstwo musiało być powodowane przez coś podobnego.
Chłopiec był blady, co tylko potęgowały ciemne włosy. Usta miał sine, spierzchnięte. Leżał na noszach pośrodku samochodu. Lis podszedł, chciał odgarnąć z jego przymkniętych oczu niesforną grzywkę i gdy to uczynił oczy nieznajomego otworzyły się szybko. Lis lekko drygnął i odskoczył. O mało nie wpadł na ratownika, który siedział na fotelu obok. Z gardła chłopca wydobył się niezrozumiany dźwięk. Spoglądał na Lisa pełen niepokoju. Lis zauważył, że ci, którzy mogą go ujrzeć reagują specyficznie. Świerszcz lubił mu dokuczać, że to wszystko przez jego niezbyt atrakcyjny wygląd. Tylko co on miał poradzić na nogi nienaturalnie chudziutkie, kościste nadgarstki, włosy niemalże białe i oczy podkrążone? Zielony, rozciągnięty sweter i szare spodnie, krzywo obcięte na wysokości kolan na pewno również nie dodawały mu gracji. Tylko skąd miał brać inne ubranie, kontenery zwykle były dobrze zabezpieczone i ciężko z nich wyciągnąć cokolwiek innego. Daniel surowo zabronił zabrać cokolwiek z sklepów.
- Cześć – rzucił cicho – Tylko Ty mnie tu widzisz. Nie martw się. Jestem ciekawy, dlaczego postanowiłeś popełnić samobójstwo. Mam nadzieję, że gdy poczujesz się lepiej wszystko mi wyjaśnisz. Poczekam na ciebie, dobrze?
Lis chciał dobrze, nikt nie powinien w to wątpić. Oczekiwał, że chłopcu ulży, a ten zaczął się nerwowo szarpać, chciał zerwać pasy, którymi został przypięty na noszach. Nie mógł mówić przez maskę tlenową, ale łatwo można było się domyśleć, że z jego ust nie wydobywają się żadne miłe i pozytywne słowa.
Podszedł do niego ratownik, który siedział chwilę wcześniej na niebieskim krześle. Zapewnił, że nie ma czego się obawiać. Uśmiechnął się z wyraźną troską w oczach. Lis poczuł, jakby ciężki kamień osiadł mu na żołądku. Zrobiło mu się wstyd. Usiadł na podłodze i tam postanowił dokończyć podróż, która, całe szczęście, nie trwała zbyt długo. Zdecydował chłopcu dać chwilę na oswojenie się z sytuacją, zupełnie wyleciało mu z głowy, że te wydarzenia mogą wydawać się dość dziwne. Dodatkowo, jego stan fizyczny nie był najlepszy, lecz to Lis nie do końca potrafił pojąć.
Samobójstwo było czymś zupełnie abstrakcyjnym dla Lisa. Często zazdrościł ludziom życia. On zasadniczo nie był martwy, lecz nie wiedział, jak określić swój stan. Po prostu trwał. Pojawił się nagle, to wszystko. Marzył o jedzeniu. Widział ile ono potrafi dawać radości. Tak samo jak fizyczność. Dawniej próbował z bratem Kozłem pocałunków i przytulania. Nie odczuli nic. Ich ciała pozostawały zimne, tak jak przedmioty. Przez chwilę Lis martwił się, że sam jest jakimś rodzajem przedmiotu obdarzonym inteligencją.
Lis znalazł samotny kąt w jasnym, sterylnie czystym szpitalnym korytarzu. Jego chłopca trzymali za zamkniętymi drzwiami. Wstawał, co jakiś czas, podchodził i zaglądał przez dziurkę od klucza białych drzwi, lecz na próżno. Postawił wślizgnąć się, gdy z pokoju wyjdzie pielęgniarka. Przez nadmiar wrażeń dzisiejszego dnia strzelał nerwowo palcami.
- Nie wejdziesz jak nawiedzona wariatka! Kobieta w recepcji kazała czekać, więc to rób. Robią mu cholerne płukanie żołądka.
Lis spojrzał zaciekawiony na łysiejącego mężczyznę w brązowym garniturze wypowiadającego te słowa. Zauważył, że jego nos bardzo przypomina ten chłopca.
- To mam tu stać i czekać?! – Krzyknęła kobieta piskliwym, przestraszonym i zapłakanym głosem.
- Dokładnie. Siadaj!
Mężczyzna chwycił towarzyszkę za ramię i gwałtownie usadził na szpitalnym krześle. Te tylko skrzypnęło, a kobieta delikatnie zachlipała. Wyglądała na zmęczoną i przepracowaną, a jej oczy i nos były zaczerwienione, zapewnie od płaczu.
- Na Boga, uspokój się.
To zdanie mężczyzna wypowiedział znacznie spokojniej, chociaż nadal agresja była w nim bardzo wyczuwalna. Usiadł koło żony ujął silnie jej dłoń. Oboje oddychali ciężko, miarowo. Lis przeszedł przed nimi kilka razy, lecz Ci go nie ujrzeli. Dodał w głowie kolejny punkt do listy „ kto może mnie zobaczyć” : nie zależy to od genetyki. Chciał po raz kolejny zajrzeć przez dziurkę, lecz gdy tylko się schylił, został uderzony drzwiami prosto w czoło.
Chłopiec wyjechał na wózku pchanym przez pielęgniarkę o blond włosach, ubrany w za dużą, zszarzałą, niegdyś w niebieskie kropki szpitalną piżamę. Głowę miał spuszczoną, jakby obawiał się spojrzeć w oczy rodziców.
- Państwo Źródlańscy? – Rzucił lekarz w średnim wieku, który wyszedł za pielęgniarką.
Miał w sobie słynne coś, co sprawia, że człowiek bez problemu może mu zaufać.
- Tak.
Matka podeszła do syna pocałowała go w policzek i mocno uściskała. Ojciec nie bawił się w sentymenty.
- Jestem doktor Kotecki. Państwa syn został przydzielony pod moją opiekę. Jego stan jest stabilny.  Michał nie do końca wiedział jak zabrać się za to wszystko – westchnął – całe szczęście. Teoretycznie będziecie mogli państwo jutro go zabrać do domu. Rano porozmawia z nim nasz psychiatra. Chłopiec jest niepełnoletni, więc odnośnie dalszej hospitalizacji decydują państwo, lecz prosiłbym o poważne zastanowienie się.
- Co pan sugeruje? – Zapytała matka trzymając dłoń na ramieniu syna.
 - To próba samobójcza, chociaż bardzo nieudana, nawet, jakby pogotowie nie zostało wezwane tak wcześnie…
- Całe szczęście, Anka, nasza przyjaciółka przyszła do domu pożyczyć krople żołądkowe…
- Daruj sobie – warknął mąż, kobieta zamilkła wyraźnie zawstydzona – Nasz syn jest po prostu krnąbrny i chciał zwrócić na siebie uwagę. Chcemy do jak najszybciej zabrać do domu.
Lekarz spojrzał się na pana Źródlańskiego z pogardą i niezrozumieniem.
- Jak państwo zadecydują, ale warto pomyśleć o specjalistycznej pomocy, aby upewnić się, co skłoniło Michała do tego strasznego czynu. Tutaj trzeba działać delikatnie, nie wolno tak szybko oceniać. Może siostra Szpic zabierze Michała na odział, a my udamy się do mojego gabinetu?
Pielęgniarka szybko pojechała wózkiem, nie czekając na odpowiedź, za co lekarz zdawał się być jej wdzięczny.
Lis przez chwilę stał w miejscu, nie pewny co teraz powinien uczynić. Wybrał towarzyszenie chłopcu. Gdy zrównał się z wózkiem. Michał spojrzał na niego niepewnie. Lis uśmiechnął się do niego przyjaźnie.
- Zwariowałem.
Szepnął sam do siebie Michał i pokręcił nerwowo głową. Twarz schował w dłoniach.
- Coś mówiłeś kochaneczku? Pielęgniarka zatrzymała się i nachyliła się.
- Nic, zdawało się pani.
Przyjęła tą odpowiedź, prowadząc ich do windy.
- Nie martw się niczym. Położysz się do łóżka, zaśniesz i będzie lepiej. Jutro porozmawiasz z panem doktorem, jest świetnym specjalistą. Dzieci go lubią.
- Nie jestem dzieckiem – warknął Michał wyraźnie oburzony.
- A ile masz lat?
Siostra Szpic wcisnęła numerek cztery na klawiaturze windy. Lis z zafascynowaniem obserwował pomieszczenie. Nigdy nie podróżował windą. Podobno czasem są w nich lustra, szczerze żałował, że ta nie została w nie zaopatrzona.
- Siedemnaście.
Lis przyjrzał się chłopcu wyraźnie. Siedemnaście. Mogliby fizycznie uchodzić za rówieśników, a on miał dopiero dwa lata. Michał zdawał się go ignorować, jakby był wytworem jego wyobraźni. Stale patrzył na ziemię, a gdy postanowił unieść wzrok i dostrzegł wychudzoną sylwetkę, szybko go odwarach.
- No dobrze, jesteś prawie mężczyzną, lecz pan doktor jest świetnym specjalistą nawet dla prawie mężczyzn! Nic się nie martw. Wyjaśni on również dokładnie wszystko twoim rodzicom. Twój tata jest dość nerwowy, ale kto by się dziwił. Taki numer im wyciąłeś!

***

Pielęgniarka umieściła Michała w małym, beżowym pokoiku na końcu korytarza. Lis uznał, że był całkiem ładny, chociaż ojciec chłopca, który przybył chwilę później nie mógłby się z nim zgodzić. Krzyczał, skoro płaci tak wysokie składki na Narodowy Fundusz Zdrowia, jego syn powinien przebywać w chociażby minimalnie przyzwoitych warunkach. Karę chłopcu on wymyśli sam, a w szpitalu oczekuje profesjonalizmu. 
- Michał, czy jest tak jak mówi ojciec? – Pytała matka, siedząc na rogu łóżka syna. 
- Czyli jak? – Warknął – Nie. Nie zrobiłem tego, żeby zrobić wam na złość! Nie zrobiłem tego, żeby na was cokolwiek wymusić. Dajcie mi spokój!
Pod koniec wypowiedzi głos chłopca złamał się, oczy zaszkliły się, jakby za chwilę miał wybuchnąć płaczem. Schował się cały pod białą kołdrą, niczym małe dziecko próbujące uciec przez potworami z szafy, czy z pod łóżka. 
- Uspokój się! – Odwarknął ojciec. 
Podszedł do łóżka syna i próbował zerwać z niego kołdrę, lecz chłopak trzymał się jej wszystkimi siłami. Matka próbowała uspokoić męża. Bezskutecznie. 
Lis stał w rogu, nie wiedząc co robić. Zbawieniem okazała się pielęgniarka, która nerwowo wyprosiła rodziców tłumacząc się późną godziną i nieprzyjazną atmosferą. Ci, niezadowoleni, wykonali polecenie. 
Przed dłuższą chwilę żaden nie wykonał żadnego ruchu, aż Michał niepewnie ściągnął z głowę kołdrę. Oddychał ciężko. Spojrzał na Lisa pełen złości. Nikt nie mógł mieć ku temu wątpliwości, nawet, jeśli jedynym źródłem światła w pomieszczeniu było to z latarni ulicznej. 
- Zniknij. Nie zwariowałem. Te cholerne leki musiały mi coś zrobić z mózgiem. Mam zwidy. Tylko zwidy. Zniknij! 
 Ułożył wygodniej poduszkę, przewrócił się na prawy bok i zamknął oczy.
- Nie zwariowałeś! 
Lis podszedł do łóżka i usiadł na miejscu, w którym przed chwilą siedziała matka chłopca. Nie przestał się uśmiechać.
-Jestem prawdziwy, tylko mało kto mnie widzi. Ty akurat tak. Bardzo mnie to cieszy, bo będziesz mógł mi wyjaśnić całą sprawę z tym samobójstwem. 
Michał spoglądał się na towarzysza niepewnie. 
- Hej, powiedz coś - Lis pochylił się i delikatnie dotknął ramienia pacjenta. 
- Odwal się – warknął.
- Ale poważnie, jestem prawdziwy. Porozmawiaj ze mną. 
Michał usiadł. Jego ręka powędrowała najpierw do dłoni Lisa, którą złapał, potem do twarzy i włosów. 
- Myślisz, że zmysły również mogę mieć przytłumione przez leki? 
- Nie wiem. Ogólnie ja nie czuję dotyku, leków też nigdy nie jadłem, więc ciężko mi powiedzieć. Jednak masz dowód, że skoro możesz mnie dotknąć jestem prawdziwy. Tak się cieszę. W końcu możesz uwierzyć.
Michał rozglądał się po pokoju jakby szukając odpowiedzi. Lis przysunął się bliżej.
- Więc powiesz mi wszystko o samobójstwie? 
- Co Ty masz tym samobójstwem? – Westchnął poirytowany, jednak dodał po dłuższej chwili ciszy -  co chcesz wiedzieć? 
- Oh, wszystko, ale najbardziej, dlaczego. Wiesz, ja jestem żywy, ale mniej niż Ty. I jakbym był tak żywy jak Ty, nie chciałbym tego stracić. 
Chłopiec kilka razy otworzył buzię, jakby chciał już odpowiedzieć, lecz rezygnował. Podrapał się do ciemnej czuprynie.
- Jak można być mniej żywym? To nie logiczne. Jest się żywym, albo nie. Nie da się być pomiędzy. 
- To twoja teoria, ja mam swoją. Powiedz mi w końcu. Jestem tak ciekawy! 
- Może i jestem bardziej żywy niż ty – wypowiadając te słowa na twarz Michała wpłynęła nutka pogardy – ale co nie oznacza, że muszę chcieć żyć. Życie jest gówniane, to wszystko. 
- Gówniane, czyli złe? Ale możesz robić tyle fascynujących rzeczy. 
- Wiesz, jakbym zachowywał się tak jak Ty, trafiłbym do psychiatryka już dawno temu. Szczególnie tak wymachiwał rękami. 
Lis automatycznie wsadził swoje dłonie pod pupę. Może rzeczywiście teraz bez przerwy nimi machał. 
- Jesteś nie miły. Powiedz mi jeszcze, czy…
- Nie. Nie będzie tak – przerwał  i pogroził palcem- teraz ty mi masz coś wyjaśnić. Nie żebym nadal nie uważał, że jesteś utworem mojego umysłu. Kim jesteś.
- Nazywam się Lis. 
- Idiotyczne imię. Nic mi to nie mówi.
- Też za nim szczególnie nie przepadam, ale co zrobić. Nie wiem w zasadzie czym jestem. Daniel lubi mówić, że duszkiem, który musi spędzić trochę czasu na ziemi, aby pójść dalej, cokolwiek to znaczy. 
- Kim jest Daniel?
- Opiekunem, ojcem, ale nie urodził mnie. Znalazł z Kozłem i Świerszczem. To moi bracia. Teraz moja kolej. Czy skoro mówisz, że życie jest gówniane, co to znaczy? 
- Ale z ciebie dziwak. Gówniane, czyli złe. Widziałeś mojego ojca, wstrętny hipokryta. Matka też, zamiast się odezwać, ah, szkoda gadać. 
- Rzeczywiście, sprawił nieprzyjemne wrażenie. 
- Nieprzyjemne? Mało powiedziane. Pewnie teraz matka płacze, a ten pije szampana, skoro się mnie pozbył. Chyba w sumie psychiatryk nie będzie taki zły, jak mogłoby się wydawać. 
- Czym jest właściwie ten psychiatryk? 
Lis ponownie zaczął wymachiwać dłońmi, na co Michał tylko pokręcił głową. 
- Ze wszystkich zjaw musiała przyjść do mnie chyba najgłupsza. 
Lis zburzył się na obrazę i uderzył chłopca w ramię. Ten zjeżył się i mu oddał. Chciał zamachnąć się kolejny raz, lecz zauważył brak reakcji i darował sobie. 
- Przestań w końcu mnie obrażać. Nie jestem durniem. 
- Rzeczywiście, może tylko trochę
Michał zamyślił się, a następnie wyciągnął dłoń na pogodzenie. Lis chętnie ścisnął ją. 
- Szpital psychiatryczny. Chciałem się zabić, więc w założeniu nie jestem do końca normalny, a że przy okazji nie pełnoletni, to rodzice pewnie mnie w nim umieszczą, chociaż, po słowach ojca na korytarzu... 
- Oh, czyli samobójstwo to choroba? Czemu nie mówiłeś od razu! 
Chłopiec uderzył się zażenowany w głowę. 
- Nie, to nie choroba. Chociaż może być powodowane chorobą – pokręcił głową- nieistotne. Ja chciałem to zrobić, ponieważ nie lubię życia. Oni będą próbować mi mówić, że jednak życie jest super. Pewnie im przytaknę, gdy będzie słabo, a jak znośnie, to mogę tam siedzieć. Byleby daleko od ojca. 
- Dlaczego słyszę tutaj rozmowy?!
Do pokoju zbiegła pielęgniarka, zapaliła światło. Ku ich nieszczęściu, nie była to uprzejma siostra Szpic. Patrzyła na chłopców wzrokiem pełnym złości. Dyszała ciężko. Musiała do nich biec. 
- Odwiedziny! O tej godzinie. Powariowaliście! Rozumiem, martwisz się o kolegę, ale o tej godzinie powinniście spać. Dobranoc! 
Patrzyła na Lisa, jakby miała go chwycić za sweter i wyciągnąć z budynku siłą. 
- Ona cie widzi. 
Michał był zszokowany. Przetwarzał szybko w umyśle absurdalność tej sytuacji. 
- A co mam nie widzieć?! Ślepa jestem.
- Mówiłem Ci, że jestem prawdziwy. Wrócę jutro. 
Lis wstał i wybieg szybko z pokoju nie czekając na odpowiedź.